On zawsze podążał za mną, aby mnie zdobyć

Mam na imię Iwona. Chciałabym dać świadectwo o tym, jak Bóg i Jego Matka działają w mym życiu, jak są obecni i to szczególnie wtedy, kiedy wydaje się, że są daleko... I to właśnie wtedy, kiedy myślałam, że nikt mnie nie rozumie, że jestem zupełnie sama, że nawet On - Bóg mnie opuścił, Jego oczy spoczywały na mnie ze szczególną miłością. To ja oddalałam się od Niego, a On zawsze podążał za mną we wszystkich kierunkach, aby mnie zdobyć, odzyskać. I za każdym razem kiedy upadałam również był przy mnie, aby mnie podnieść, bo jestem dla Niego kimś ogromnie ważnym, bo jestem dla Niego, tak jak każdy z nas - ukochanym, upragnionym, umiłowanym dzieckiem. W sytuacji tak ogromnej pustki, osamotnienia i rozgoryczenia znalazłam się dwa razy. Po VIII kl., a więc w czasie trochę trudnym, burzliwym, w czasie poszukiwań (poszukiwań również żywego świadectwa wiary) przyjechała na wakacje siostra cioteczna, przez którą niedługo potem zetknęłam się ze zborem Zielonoświątkowców. Wydawało mi się, że po raz pierwszy słyszę: Jezus żyje! Ci młodzi ludzie, którzy w pełnym entuzjazmem potrafili mówić o Jezusie zachwycili mnie, a poprzez nich zachwyciłam się żywym Chrystusem. I wszystko byłoby dobrze, gdyby nie problem Maryi, Matki Bożej. Na początku poczułam się zaatakowana, zaniepokojona, nie umiałam się bronić. Ale ponieważ moja fascynacja nimi była tak głęboka, to i argumenty ich o Maryi również zaczęłam przyjmować, co prawda z pewnym trudem, niepokojem, ale jednak... Maryję, osobę do której byłam przywiązana jako do Matki i mojej patronki (na bierzmowanie wybrałam sobie imię Maria) musiałam opuścić. Jednak nie dawało mi to spokoju, wręcz przeciwnie, wiele pytań powstawało w mej głowie, wiele niejasności. Po raz pierwszy poczułam się zupełnie sama. Nie ufałam żadnemu człowiekowi, toteż i pomocy u żadnego nie szukałam. Nie ufałam rodzicom, tato próbował mi tłumaczyć wiele spraw, nie ufałam znajomym, bo wszystkim zarzucałam brak żywej, autentycznej wiary. Przez pewien czas zostawałam sama z mymi niepokojami, myślami. Czasem były to przepłakane i niedospane noce. Niedługo też zrozumiałam, że tak naprawdę to sama nie jestem. Jest ze mną Jezus. Wszystkie pytania i wątpliwości, różne niejasności i mój mętlik w głowie zaczęłam Jemu powierzać, nie wiedziałam gdzie jest moje miejsce, więc zaczęłam się pytać Jezusa, prosiłam, aby mi pomógł. Niedługo też otrzymałam konkretną odpowiedz. We śnie, kiedy zadałam Mu pytanie: Czy mam uwierzyć Maryję? - usłyszałam głos : "Uwierz w Maryję" i przez moment zobaczyłam Jezusa. Gdy się przebudziłam nie dowierzając temu wszystkiemu podjęłam decyzję. Teraz wiedziałam, że moje miejsce jest w Kościele Katolickim. Ale nie było to też takie łatwe, bo jeszcze wtedy Kościół kojarzył mi się z bliskimi osobami, sąsiadami, znajomymi, którzy chodzili do kościoła na Mszę św. z przyzwyczajenia (tak ich przynajmniej odbierałam i oceniałam). Pomyślałam też, że jeżeli Kościół jest aż tak słaby, to nie powód aby z niego odchodzić i przechodzić i szukać czegoś innego, ale trzeba go tym bardziej umacniać, jeszcze nie wiedziałam jak? Niedługo też, poznałam katolików żyjących ewangelią i księży, i ludzi świeckich, obdarzonych Bożą radością i Bożymi darami, którzy pomogli mi odnaleźć się w Kościele. Bóg wiedział kogo mi postawić na drodze. Przez długi czas, dystans do Maryi - który być może był spowodowany jeszcze innymi czynnikami, mimo wszystko pozostawał. Obecnie zaś jestem na etapie odnajdywania Jej, a właściwie to Ona mnie odnajduje i przytula. Ponownie staje mi się bliska, kochana - moja Matka i patronka. Teraz z perspektywy czasu zauważam Jej działanie, Jej szczególne wstawiennictwo, Jej szczególną obecność, obecność jak zwykle cichą, pokorną, prawie niezauważalną i bardzo delikatną. Jedyne co mi zostaje na ten temat jeszcze powiedzieć - to cieszcie się ze mną i dziękujcie, że Maryja jest ze mną. Kiedy wszystko wydawało się już proste i jasne, to zły również nie próżnował. I jak w Piśmie św. jest napisane - wraca z siedmiokrotnie większą siłą. Wykorzystał moje słabości bardzo szybko. Znowu doświadczyłam ogromnej pustki, ale tak ogromnej, że dosłownie wszystko było bezsensowne. Miałam taki mętlik, jakiego do tej pory nie doświadczyłam - "pranie mózgu"- mówią niektórzy, żyłam w bojaźni by nie zwariować, w bojaźni chyba też przed sobą samą. Straciłam wszystko co do tej pory otrzymałam: wiarę, nadzieję i miłość. Już nie wiedziałam co jest dobre, co złe, czy Bóg w ogóle jest? Trafiłam do sekty pod nazwą "Antrovis", ale do sekty tak nagle też się nie wpada. Jest to pewien proces. Duży wpływ wywarła na mnie kiedyś przebywająca w moim domu pewna pani radiestetka, która powołując się na Boga, usługiwała pewnymi tajemniczymi właściwościami, wiedzą o energiach, wahadełkiem itd. W sumie pierwszy kontakt z taką sobą o bardzo też przyjemnym i pozytywnym usposobieniu wywarło na mnie wrażenie . Powoli zaczęłam interesować się tą tajemniczą wiedzą, kupowałam różne lektury, ale zawsze jakoś brakowało mi czasu na dokładne ich studiowanie, po prostu Bóg nie dopuszczał do tego. Ciekawość jednak we mnie tkwiła. I jak mówi znane powiedzenie: "ciekawość to pierwszy stopień do piekła" stało się rzeczywistością. Na tę ciekawość zaczął odpowiadać mi pewien chłopak w czasie pieszej pielgrzymki do Częstochowy. Nie wiem po co szedł, może dla pozyskania "Wybrańców"? Rafał często przebywał w moim towarzystwie, grał na gitarze, więc często też mi grywał, robił różne niespodzianki, w między czasie przekazywał mi w pewnych "porcjach" swoja wiedzę. I w sumie ten niepozorny, mały i młodszy ode mnie człowieczek zaczął skupiać na sobie moją uwagę. Po pielgrzymce były spotkania i długie, długie wyczerpujące rozmowy, wyczerpujące i wywołujące wiele niepokojów i niejasności. Myślałam też, że coś z nim jest nie tak, że trzeba mu pomóc. Wkrótce jego inteligencja przezwyciężyła. Rafał zaczął zapoznawać mnie z podobnymi osobami i widząc grupę jemu podobnych, zakompleksiona - zaczęłam myśleć, że to ze mną chyba jest nie tak. Wokół mnie była wytwarzana specyficzna atmosfera, otaczano mnie wielką życzliwością. Podobało mi się to, więc zaczęłam do nich często przyjeżdżać a cały czas byłam faszerowana nowymi porcjami wiedzy, lekturami, kasetami itd. Pochodzili z różnych środowisk, byli wśród nich i artyści, co mnie dodatkowo pociągało, naukowcy, pisarze... W ten sposób zaczęłam odseparowywać się od rodziny, od znajomych. A studia okazały się absolutną bzdurą, więc z nich zrezygnowałam. Zaczęłam doświadczać ogromnej pustki, pojawiały się stany lękowe, łatwo zmieniałam moje nastroje. Niczego już nie rozumiałam. Nie miałam do kogo się zwrócić, no może trochę do siostry, którą zaczęłam wciągać do grona wybranych. Miałam teraz polegać tylko na sobie. Zostałam tylko ja - Chrystus przecież okazał się jakąś kosmiczną energią. Ale Bóg jest miłosierny, szuka to, co zaginęło. Stawiał mi na drodze ludzi, dzięki którym zaczynałam myśleć, szczególną osobą był Jan, który sam nie wie jak mi pomógł, chyba nie jest tego świadomy. Zadawał mi pytania, z którymi on sam też się borykał, które okazały się zbawienne. Wypowiadał moje przytłumione myśli. Jan, którego imię oznacza "Bóg jest łaskawy" okazał się rzeczywiście łaską dla mnie. Gdy pierwszy raz po dłuższym czasie tak niepewnie poszłam do kościoła, na Mszy św. usłyszałam ewangelię: O Miłosiernym Ojcu i Synu Marnotrawnym. Kolejnym też etapem na drodze nawrócenia była spowiedź, gdzie szczególnie doświadczyłam Bożego miłosierdzia. Dziś za Maryją mogę śpiewać: "Wielbi dusza moja Pana i raduje się duch mój w Bogu, Zbawicielu moim" i za św. Tereską mogę powiedzieć: "Wszystko jest łaską" - wszystko jest darem. Łaską jest to, że mogę dziś tu stać, dzielić się tym, co Bóg dokonał we mnie, że taką niewierną uczynił apostołką Ewangelii - bo obecnie jestem katechetką.

Iwona O., Olsztyn, ur. 1970 r.

Nie możesz dodawać komentarzy. Zaloguj się lub załóż konto.