Historia pewnej Miłości

Pragnę opowiedzieć o radości, która płynie z miłości, ofiarowanej mi przez Ciebie Boże. Marność nad marnościami - wszystko marność, i wszystko podąża za wiatrem - Koh 1,2. To było kiedyś, dawno, dawno temu, gdy nie wiedziałam, że na rekolekcje jeżdżą zwykli ludzie, że w niedzielę do kościoła chodzi się z ogromną radością (i nie tylko w niedzielę), że różaniec odmawiają nie tylko babcie, że od rozmów o ciuchach mogą być ciekawsze tematy, że ... miłość istnieje naprawdę, jest namacalna, bez krwawych ofiar, płaczącego serca, i że jest taki ktoś, kto kocha, bezgranicznie kocha. Nie znam istoty ludzkiej, która by nie czekała na miłość, nawet ten, kto zaprzecza, mówi to z goryczą. Ja też czekałam. Oto stoję u drzwi i kołaczę: jeśli kto posłyszy mój głos ... (Ap 3,20) Słyszałam pukanie mojego zasypiającego sumienia i słyszałam głos mojej ogromnej rozpaczy i poczucie krzywdy. Ten głos zaprowadził mnie do Ks. Sławka. Gdy Ksiądz zaproponował mi wyjazd do Lubomina, a zrobił to tak, że nie sposób było powiedzieć nie, zaczęłam się zastanawiać jak to się stało, że ja mam jechać na jakieś rekolekcje. Ale też nie mogłam sobie wytłumaczyć, dlaczego nie rezygnuję, tylko jadę. Nawet chwaliłam się zaproszeniem. Gdy, już w Lubominie, uśmiechnięta Siostra Aleksandra, aksamitnym głosikiem, pełnym ciepła i zainteresowania spytała mnie: - A gdzie masz dzieci? (które miałam zabrać) - zrobiło mi się co najmniej błogo. To znaczy, że na mnie czekali, na mnie ?!... Miłość się czuje, a zwłaszcza wtedy, gdy życie uchyla się od swojej powinności życia, bo wszystko marność. Wtedy, gdy ... wszyscy mówią kłamliwie do bliźniego, mówią podstępnymi wargami i z sercem obłudnym (Ps 12,3) - tylko ja nie. Dwóch nastolatków - Marcin i Marek - zachęconych przez Ks. Sławka, zaniosło mi torby na górę, rozmawiając ze mną, jakby mnie wieki znali. Starałam się też, ale co się we mnie działo ? Pamiętam moje pytanie do Ks. Sławka: - Gdzie tu się pali ? - bo przecież w torbie leżą sterty papierosów, ale tu nie widać, żeby ktoś, siedząc na ławeczce obok figurki Matki Bożej palił papierosy. - Musisz sobie radzić sama, bo w budynku się nie pali. - Hm. Dobre sobie, weź sobie radź, z papierosami, z ludźmi, których nie znam, z tematami, o których nie mam pojęcia. Ks. Sławek, jedyna mi znana osoba i znająca mnie po imieniu, zakończył na tej wypowiedzi pierwszego dnia kontakt słowny ze mną, aż do czwartku, kiedy ja ... ale to może później. Na pierwszą kolację nie zeszłam, bo ... chyba się bałam. Wyjęłam Pismo Święte, trzymane po raz pierwszy w życiu (nie licząc tego, jak je wkładałam do torby, pożyczone zresztą) i coś zaczęłam czytać. Pamiętam, że było coś o wojnie. Dziwiłam się trochę, że w Piśmie Świętym ... wojna ? Śpiew i wesoły gwar dochodzący z jadalni zadecydowały o zejściu na dół. Stanęłam w drzwiach, odmawiając grzecznie z uśmiechem zaproszeniu i gestom Ks. Sławka do przyłączenia się. Zachwycałam się radością, jaką mieli wszyscy, coś było, coś trudnego do uchwycenia, coś o czym chyba marzyłam. Nie było to wyluzowanie, gdy jechaliśmy na kajaki, na urlop, gdy ... Oni cieszyli się sobą nawzajem. I równość dla mnie; duchowieństwo w takim kontakcie z ludźmi świeckimi. Z modlitewnego czasu z niedzieli niewiele pamiętam, tylko tyle, że dużo płakałam. Ale ten płacz nie potęgował rozpaczy, jak dotychczas, codziennie ale rozluźniał. Wszystko tuliło mnie, stwarzało poczucie ciepła, bezpieczeństwa. Już wtedy Bóg upewniał mnie, że żyję. Wtedy jeszcze nie potrafiłam tego nazwać - po prostu było mi dobrze. Bądź dla mnie skałą schronienia. (Ps 31) powiedziałabym wtedy przed snem, gdybym wiedziała. Ale myślę, że po tym skleconym paciorku z głębokim westchnieniem i z błogim uśmiechem przez sen usłyszałam w duszy - Śpij dziecko. A Bóg widział, że wszystko co uczynił, było bardzo dobre (Rdz 1,31). Po raz pierwszy od wielu lat, a może i po raz pierwszy w życiu obudziłam się i uśmiechałam się sama do siebie. Ale jak? Żyję!!! Bez smaku alkoholu w ustach, bo o ile sobie przypominam wcześniej nie zasnęłam bez tego. Wtedy po raz pierwszy, gdybym wtedy wiedziała, że takie słowa istnieją, powiedziała bym: - Wielbi dusza moja Pana ... bo wejrzał na uniżenie służebnicy swojej (Łk 1, 46.48) Pełne szczerej radości spojrzenie na pierwsze promyki słońca było już drugim po wieczorze, nieświadomym uwielbieniem Boga. Że to jest Jutrznia na początku dnia, dowiedziałam się później, ale o pokoju w sercu płynącym z tych wspaniałych utworów przekonałam się od razu. Piszę „utwory”, bo o Psalmach nie słyszałam. Zazdrościłam Kasi, Basi ... że tak pięknie grają, śpiewają i wszystkim, że potrafią tak dużo. Rzucane są jakieś nazwy, cyfry i wszyscy otwierają Pismo św., Brewiarz i wiedzą gdzie to jest. Nie uczyłam się razem z innymi piosenek, nie notowałam konferencji, ale chłonęłam, słuchałam, bo cóż można robić, jeżeli serce otwarte na oścież i nie czuje sytości. Usłyszałam słowa ks. Ryszarda: - „Ta rąsia ... dotykała Mazowieckiego, a wy ...?!” I ja tak chciałam ... No, nie Mazowieckiego, bo po cóż mi on. Boga nie wiedziałam, że można dotknąć, ale ... żeby tak ks. Ryszard zawołał mnie po imieniu ... Marzyłam, by być też tak blisko jak inni. Zapragnęłam być taka jak oni, bez grubiańskich dowcipów, przekleństw, bez alkoholu. Usłyszałam ostatnio - łaską daną mi od Boga było i jest poznanie takich kapłanów, takich ludzi, łaską daną mnie, bo byłam umarła a znów ożyłam; zaginęłam, a odnalazłam się (por. Łk 15,32). Pierwszy raz słuchałam takich kazań, pełnych bliskości, kontaktu, radości. Byłam zachwycona. A gdy wybuchnęli wszyscy śmiechem i to w kościele, to nie byłam pewna czy ja też mogę, bo może tylko im wolno. A w ogóle to ks. Ryszard w tych kazaniach cały czas mówił o mnie i do mnie. Zresztą inni też i ks. Sławek i s. Aleksandra. Nie przeszkadzało mi podejrzenie, że wszystko o mnie wiadomo. Tylko jak płakałam rzewnie, bez wyjątku na każdym spotkaniu, to chowałam się za kogokolwiek, ale nie po to, żeby się całkowicie skryć, ale tak cicho krzyczeć: - zobaczcie, że płaczę, spytajcie się dlaczego, przytulcie mnie. Łzy stały się dla mnie chlebem we dnie i w nocy (Ps 42,4). Każde słowo, które słyszałam, to było jakby wylanie miłości. Miłość przytulała, ocierała łzy i mówiła, że rzeczywiście jestem skrzywdzona, biedna. Ba! Nawet dobra ... po niewielkich poprawkach. Nie słyszałam ani jednego słowa skarcenia ... a było za co! Miłość wiedziała, że potrzebuję „głasków”. Siostra Aleksandra nie wiedziała, gdy pytała się o zapotrzebowanie ... tak bardzo pragnęłam, ale ... pragnienie było spełniane. Może w inny sposób niż oczekiwałam, ale nasze drogi ... W przeszłości bardzo lubiłam czytać romanse, wielkie miłości ... Czyż pierwsze dni w Lubominie nie zapowiadały Wielkiego Romansu ... Boga ze swoim stworzeniem. Boga, który utkał swój obiekt miłości, ukochał od początku. On wyciągnął swą rękę z wysoka, chwyta mnie i wydobywa mnie z toni ogromnej (Ps 18,17), tylko stworzenie nie miało zielonego pojęcia, że zaczyna się pewien etap w jego życiu, czas łaski znanej tylko z kart katechizmu dla dzieci. Umysł nie rozeznał, ale moje serce Jemu zaufało. Doznałam pomocy, więc serce moje się cieszy (Ps 28,7). Teraz, gdy myślę o tym tygodniu w Lubominie, tygodniu,, który zapoczątkował mój wielki Adwent, to słyszę słowa Psalmu 95: W Jego ręku ... W tym roku w Lubominie podczas ORDA był między innymi gaz do kuchenki, a dwa lata temu był czas, który On był mocen rozciągnąć do granic nieprzyzwoitości, bo pojemność w wydarzenia tego tygodnia przekroczyła moje wyobrażenia. Może oszołomiona (a może pijana Bogiem - to jest to), wrażeniami uczuciami, ludźmi, nie przywiązywałam wtedy do tego wagi. Z perspektywy czasu jestem pewna, że nie zamieniłabym tego tygodnia na całe 34 lata mojego życia, a piszę to przepełniona wdzięcznością dla ludzi, których Bóg postawił na mojej drodze. Zaiste jeden dzień Ps 84, 11a. Obfitość łask wylał się na mnie, bo tam gdzie powstał grzech, tam jeszcze bardziej wylała się łaska. A czas był rzeczywiście na to, bo grzech ogarnął całe ciało, tylko Bóg co mieszkał w moim sercu na dnie nie pozwalał na moją zagładę. Chorowali na skutek swoich grzesznych czynów i nędzę cierpieli przez swoje występki; obrzydło im całe jedzenie i byli bliscy bram śmierci. W swoim ucisku wołali do Pana, a On ich uwolnił od trwogi. Posłał swe słowo, aby ich uleczyć i wyrwać z zagłady ich życie. Niech dzięki czynią Panu za Jego łaskawość, za Jego cuda dla synów ludzkich! I niech składają ofiary dziękczynne, niech głoszą z radością Jego dzieła! Ps 107, 17-22. I choć nie byłam w wojsku, Bóg dał rozkaz: W tył zwrot! Ha. Trochę trudno zrobić w tył zwrot, gdy nogi stoją w zastygłym betonie, ale to co Bóg przekazał mojemu nieświadomemu sercu, stało się granatem do rozbijania tych zatwardziałych form mojego życia „Zosi Samosi”. Do mnie, dla której autorytetami byli Michael Jackson, czy Madonna (no może jeszcze ktoś mniej kontrowersyjny) raptem mówi Bóg. I po raz kolejny uniżył Samego Siebie, żebym ja mogła Go usłyszeć, żebym mogła Go zrozumieć, w tym moim ograniczonym rozumieniu życia, szczęścia, rozumieniu poprzez doczesność. I któż, jak nie Bóg zmienił moje autorytety na Jana Pawła II, św. Tereskę, naszych kapłanów czy Basię, która nie grała „Europy” Carlosa Santany. To co było grochem o ścianę teraz stało się przyswajalne. Na ile? To już ... Z pokorą stań przed Bogiem swym. I tak Jezus objaśniał, idąc ze mną, to wszystko, co było moim życiem przed tym sierpniem i to wszystko (począwszy od pierwszej spowiedzi, innej niż kiedykolwiek) poprzez pierwsze rekolekcje w Lubominie 1993, co odnosiło się do Niego (Łk 10, 33b- 35). Bo pojechałam na rekolekcje, ale tam Go jeszcze nie widziałam (por. Łk 24, 24). Czułam miłość, radość, spokój, co dla mnie nie było jeszcze Bogiem. Byłam takim podopiecznym Miłosiernego Samarytanina. To też Jezus objaśnił, ale do Emaus poszliśmy następnym razem.

Ela Olender, Olsztyn, ur. 26.10.1959

Nie możesz dodawać komentarzy. Zaloguj się lub załóż konto.