Zniewolony alkoholem nie byłem wolny

Około 20 roku życia wciągnąłem się bardzo w używanie alkoholu. Niemal od razu piłem bez umiaru i często do utraty przytomności. To co od środka najbardziej mnie przymuszało do uczestnictwa w pijaństwie, to bardzo silna potrzeba bycia przyjętym za swojego przez grupę rówieśników z najbliższego otoczenia, to jest szkoła, a potem praca. Jednocześnie wraz z tą silną potrzebą uznania przez innych, że jestem ich, że należę do nich, doświadczałem też ogromnego pragnienia wolności. Chciałem być ich, ale nie przez przymus picia, tylko, że ja nie umiałem, nie byłem do tego zdolny, żeby powiedzieć: nie wypiję z wami. Zauważyłem więc, że przez zniewolenie alkoholem nie byłem wolnym, akceptowanym przez innych człowiekiem, lecz byłem niewolnikiem kolegów z kręgu pijackiego, gdzie musiałem wnosić swój wkład, aby nie wypaść poza nawias. Kiedy to spostrzegłem, bałem się, że skończę w rynsztoku, bo chociaż chciałbym, nie miałem w sobie sił, aby czemukolwiek się przeciwstawić. Byłem jakby zdechłą rybą płynącą z prądem do kloaki. Tak to czułem. Wtedy nauczony być w każdą niedzielę na mszy świętej, ilekroć wchodziłem do kościoła i klękałem przed Panem Jezusem obecnym w Najświętszym Sakramencie, wychwalając Najświętszy Sakrament, za każdym razem dodawałem do tego prośbę, aby Pan Jezus uwolnił mnie od przymusu picia i żebym umiał powiedzieć "nie" kiedy koledzy proponują mi wspólne picie. Niekiedy zachodząc do kościoła i klękając przed Panem Jezusem byłem podpity, ale zawsze przez prawie rok czasu prosiłem o to samo. W końcu na rekolekcjach, które odbywały się w mojej rodzinnej miejscowości, kiedy rekolekcjonista wzywał do trzeźwości i była nawet na ołtarzu bocznym, pod figurą Matki Bożej, specjalna księga gdzie można było wpisać swoje przyrzeczenie trzeźwości, za którymś razem zostałem po naukach w kościele i modliłem się. Podczas tej modlitwy doświadczyłem cudu. Odczułem, że została mi od góry wlana światłość, która wypełniła mnie całego i dała mi moc uwolnienia się z tych zniewoleń, z których chciałem się wyrwać, ale sam z siebie nie miałem na to sił. Byłem w tamtej chwili pewien, że nikt nie jest w stanie zmusić mnie do wypicia choćby kropli alkoholu. W tym zachwycie w jakim znalazłem się wtedy dzięki łasce wstałem, podszedłem do ołtarza, na którym była księga z przyrzeczeniami trzeźwości i wpisałem się tam, że nie będę pił do końca życia. Jednak po trzech latach całkowitej abstynencji znowu piłem. Wprawdzie nie tak ostro jak poprzednio, ale trwało to około roku czasu. Na szczęście, dzięki Bogu nie wpadłem w ponowny przymus picia. Pojawiło się natomiast coś nowego, co nazwałbym rozsmakowaniem się w niewielkich ilościach tak zwanego dobrego alkoholu. Korzystałem z tego naprawdę sporadycznie, dzięki dyspensie od złożonego i jak już mówiłem złamanego przyrzeczenia o abstynencji do końca życia. Dyspensę na własną prośbę otrzymałem od spowiednika. Ta dyspensa zezwalała mi na niewielką ilość niskoprocentowego alkoholu przy wyjątkowych okazjach, ale niejednokrotnie dość łatwo sam ją rozszerzałem i pozwalałem sobie również na niewielką ilość ginu, rumu, koniaku itp. Tak było przez 14 lat mojego życia. W tym czasie utraciłem zrozumienie dla całkowitej abstynencji, którą kiedyś przyrzekłem. Oczywiście nie rozumiałem dlaczego ja miałbym być abstynentem, no bo jeżeli chodzi o innych, to proszę bardzo. Jeżeli ktoś odmawiał nawet spróbowania alkoholu, to uważałem to za normalne, ale gdybym to ja miał odmówić tylko spróbowania, tak dla smaku, jakiegoś tak zwanego dobrego alkoholu, to uważałem to za nienormalne. Ci, którzy próbowali mnie do tego przekonać też byli nienormalni. Dopiero w tym roku, dzięki łaskom danym mi przez Pana Jezusa, otworzyłem oczy, a najbardziej serce, aby pojąć jak bardzo konieczna jest abstynencja. Zrozumiałem to, kiedy siedziałem przy jednym stole z alkoholikiem, który od kilku miesięcy nie pił, a do obiadu podano piwo, chociaż wiadomo było, że ten człowiek jest uzależniony. sięgnąłem po swoją szklankę piwa, kiedy zobaczyłem, że i on pije, ale muszę przyznać, że i tak miałem wyrzuty sumienia. Jednak co mi właściwie sumienie wyrzucało? Czy to, że wypiłem trochę piwa? Nie, nie to, ale to, że nie było w moim sercu miłości do brata w Chrystusie, który cierpi na alkoholizm. Nie chciałem zrezygnować z odrobiny przyjemności dla siebie, aby ofiarować to za niego Jezusowi. Nie stać mnie na odrobinę miłości, bo przywiązany byłem do odrobiny przyjemności. W lipcu tego roku, kiedy miałem podjąć decyzję o przystąpieniu lub nie przystąpieniu do Krucjaty Wyzwolenia Człowieka, Jezus przypomniał mi to wydarzenie. Podjąłem decyzję wejścia do Krucjaty, co uważam też za łaskę powrotu do wierności temu pierwszemu przyrzeczeniu, sprzed 19 lat. Chwała Jezusowi za cuda, których nieustannie dokonuje w moim życiu.

Jurek G., Olsztyn, 40 lat

Nie możesz dodawać komentarzy. Zaloguj się lub załóż konto.