Nie opuszczał mnie lęk o sprawy materialne

Chciałbym podzielić się z Wami moimi doświadczeniami działania Jezusa w moim życiu. Wychowany byłem w rodzinie chrześcijańskiej, otrzymałem wszystkie Sakramenty, stosowne religijne wykształcenie, aż do matury włącznie, byłem ministrantem, a i na studiach uczestniczyłem w pracach Duszpasterstwa Akademickiego. A więc statystycznie byłem człowiekiem wierzącym. Jednak w ostatnich latach była to wiara bardzo uproszczona. Ograniczała się do luźno pojętego przestrzegania zasad religijnych, a więc: przynajmniej raz w roku spowiadać się i Komunię św. przyjmować, w niedzielę - o ile coś nie wypadło - do kościoła, czasem przypominałem sobie o wieczornym „paciorku” (nie mówię tu o modlitwie), rano już zazwyczaj nie starczało na to czasu. Było mi z tym wygodnie, więc coraz bardziej dopasowywałem sobie zasady religijne do moich potrzeb. Zacząłem obracać się w kręgu osób kierujących się innymi zasadami światopoglądowymi i normami moralnymi. Wydawało mi się, że w ten sposób osiągnę pewien status społeczny i odpowiedni poziom życia. Chciałem za wszelką cenę to osiągnąć, pracowałem po kilkanaście godzin na dobę. Choć zaniedbywałem dom, wychowanie dzieci i bardzo w tym czasie oddaliłem się od żony, sądziłem, że pieniądze przyniesione do domu to zrekompensują. Moim bożkiem powoli stawała się mamona. Byłem zawodowcem. Nie interesował mnie fakt, że pracuję nad czasopismem o muzyce hardrockowej i okładkami na płyty z elementami satanistycznymi, czy na kasety pornograficzne. Przynosiło to spory dochód. Aby zarobić więcej nie cofałem się też przed nieuczciwością. Mimo, że miałem bardzo dobrą pracę i dobrze zarabiałem, robiłem tzw. „fuchy”, wykorzystywałem sprzęt i materiały firmy, w której pracowałem, do prywatnej pracy. O dziwo wszystko to przez długi czas mi się udawało. Jednak mimo olbrzymiego wysiłku i coraz cięższej pracy nie osiągnąłem jednego - spokoju o przyszły byt rodziny. Nie opuszczał mnie lęk o sprawy materialne. W tym momencie, bardzo powoli i delikatnie, ale systematycznie Jezus zaczął wkraczać w moje życie. Zaczęło się od rozmowy z przyjacielem. Opowiadał o spotkaniu ewangelizacyjnym w Częstochowie, o uzdrowieniach i nawróceniach jakie tam się wydarzyły. Mówił o Jezusie żywym i kochającym nas wszystkich. Ale to do mnie nie do końca dotarło. Podobnie potraktowałem opowiadania o orędziach Jezusa przekazywanych przez Vassulę Ryden. Trochę jak dewocję czy nawet fanatyzm religijny. Próbowałem znaleźć racjonalne wytłumaczenie zdarzeń, a potem szybko o wszystkim zapomniałem, uwikłany we własne problemy egzystencjalne. Ale ziarenko zaczęło zapuszczać korzenie. Przypominałem sobie lata młodzieńcze, kiedy byłem ministrantem i uczestniczyłem we wspaniałych nabożeństwach Triduum Paschalnego, czy procesjach Bożego Ciała, przypominałem sobie rozważania Pisma św. na spotkaniach Duszpasterstwa Akademickiego w kościele na Czarnej w Gdańsku-Wrzeszczu i niezapomniane rekolekcje dla studentów w kościele Dominikanów na temat Pieśni nad Pieśniami króla Salomona. Tego mi brakowało i dziś, ale... Ale przecież trzeba było walczyć o byt rodziny, o finanse. Zatem do pracy, a jak starczy czasu - myślałem sobie - to może w tym roku pójdę w Wielkim Tygodniu na nabożeństwa, lub wybiorę się na rekolekcje. Oczywiście czasu znowu nie starczało. Jednak dalej coś się zmieniało. Przyjaciel znowu opowiadał o spotkaniu w Częstochowie i namówił mnie nawet wtedy na przyjęcie Jezusa do mojego serca, aby on kierował moim życiem. Żona znalazła leżące gdzieś w szufladzie medaliki i zawiesiła na szyjach naszych i dzieci, sąsiedzi zapraszali nas na spotkania Wspólnoty Dobrego Pasterza do której należeli, włączyła się w nią też moja żona. Moja odpowiedź wynikała znowu z braku czasu - zaczynajcie beze mnie, ale tym razem usłyszałem: „bez ciebie nie chcemy”. Zacząłem więc chodzić na spotkania modlitewne, choć trochę przesadne wydawało mi się modlenie przez dwie godziny i to w niedzielę, kiedy jeszcze na godzinę szło się na Mszę św. Włączyłem się też do prac nad śpiewnikiem wspólnoty. Oczywiście chciałem to załatwić po swojemu, jak najmniejszym kosztem, a więc jako fuchę w pracy. Jednak tego Jezus ode mnie nie przyjął. Wszystko wydało się, dostałem wypowiedzenie z pracy. Tym razem nie potraktowałem tego jako swojej klęski. Nawet poczułem wręcz odczucie ulgi, że mogę zerwać z takim sposobem działania. Szczególnie, że Jezus nie zostawił mnie samego. Niemal natychmiast otrzymałem kilka propozycji pracy, jednak prowadzenie Jezusa było bardzo wyraźne - powinienem zająć się pracą na własny rachunek. Na kolejną próbę zostałem wystawiony ze strony środowiska satanistów - miraże dużych zarobków przy wydawaniu nowego pisma hardrockowego, a najpierw mała przeróbka wizerunku twarzy z Całunu Turyńskiego na okładkę płyty. Odmówiłem, zrezygnowałem z tej współpracy, choć nie ukrywam, że znowu nie bez lęku o przyszłość. Teraz przecież sam musiałem starać się o klientów, a to był dobry, stały klient. Jednak odpowiedź Jezusa była natychmiastowa. Dostałem propozycję współpracy przy wydawaniu innego czasopisma. Powoli moja firma zaczęła funkcjonować. Mam coraz więcej pracy. Ale teraz podchodzę już do niej inaczej, bez emocji, bez przymusu. Miałem już trochę czasu na uczestniczenie w rekolekcjach Oazy Nowego Życia w Lubominie i spotkaniu ewangelizacyjnym dla małżeństw w Wadowicach. Czytam orędzia „Prawdziwe Życie w Bogu”. Coniedzielne spotkania modlitewne nie są już dla mnie stratą czasu. To wszystko zbliża mnie z powrotem do Boga, a również do żony i rodziny, choć przeszłość nie raz jeszcze odbija się czkawką, bo trudno pozbyć się od razu lęku o sprawy materialne, mimo wyraźnych działań Jezusa. Chwilowo nie ma pracy i znów wkrada się strach, co to będzie. Ale jest to uczucie coraz słabsze, bo wkrótce Jezus pokazuje swoją troskę i znajduje rozwiązanie, choćby nawet w tak niecodzienny sposób, jak po powrocie z niezaplanowanego wyjazdu do Wadowic. Wydaliśmy na ten wyjazd pieniądze przeznaczone na życie w następnym okresie, a akurat nie miałem pracy. Znak był bardzo wyraźny - po prostu znalazłem na ulicy kwotę równą tej wydanej. A wkrótce znalazła się i praca. Przyznaję, że trudno byłoby mi samemu uwierzyć w to wszystko, gdyby nie fakt, że to przeżyłem. I życzę Wam wszystkim podobnych przeżyć.

Janusz P., 40 lat

Nie możesz dodawać komentarzy. Zaloguj się lub załóż konto.