Pokusa świętości

Jeżeli ktoś po przeczytaniu i przemyśleniu problematyki powieści Władysława Grabskiego "W cieniu kolegiaty" weźmie do ręki nowelę Jana Dobraczyńskiego "Największa miłość", zostanie uderzony podobieństwem jeżeli nie identycznością problemów poruszonych przez obu autorów. Można się w prawdzie zgodzić ze zdaniem Mieczysława Kurzyna wyrażonym w przedmowie do zbioru nowel "Największa miłość", że istotnym problemem tego zbioru, a zwłaszcza ostatniej w nim noweli, jest problem stosunku jednostki do otoczenia. Problem samotności, będącej skutkiem fałszywej postawy wewnętrznej wobec otoczenia oraz skutkiem braku prawdziwej chrześcijańskiej miłości, która szuka Boga i udoskonalenia własnej osobowości w dawaniu siebie innym. Jednakże prawdą jest również, iż nowela " Największa miłość" porusza problem świętości i dopiero spojrzenie na nią z punktu widzenia tego problemu, tłumaczy ostateczny i najgłębszy jej sens. W postawieniu zaś i rozwiązaniu tego problemu zbliża się Dobraczyński bardzo do Grabskiego.
1.
Bohater noweli, ksiądz Józef kiedyś "zwyczajnym księdzem, którego młodzieńcze zapały przeżywane w seminarium ostygły na parafii i przemieniać się zaczęły w chłodną rutynę urzędnika". Wśród przeżyć obozowych Oświęcimia zrozumiał na nowo wielkość swego kapłańskiego powołania. To zrozumienie odczuł jako łaskę Bożą, a zarazem powstało w nim przekonanie, że Bóg go ocalił, aby mógł rozpocząć nowe życie i całą duszą realizować wielkość kapłańskiego ideału. Udana ucieczka z obozu utwierdziła go w tym przekonaniu. Na nim zbudował swe nowe życie. Rzucił się w wir pracy nad sobą i nad duszami. Zdławił w sobie tysiące pragnień, podeptał tysiące małych słabości, w które obfitowało do niedawna jego życie. Udał się na Ziemie Odzyskane, gdzie dokonywał cudów gorliwości w pracy duszpasterskiej. Ten poryw trwał przez kilka lat. Nowela przedstawia nam księdza Józefa w chwili, gdy przeżywa głęboki wewnętrzny kryzys. Oto zdawało mu się, że zrobił już wszystko, aby ideał osiągnąć. A cóż znalazł na końcu tej drogi? W sobie tylko "zmęczenie, smutek i okropną słabość. Była w nim słabość, obrzydliwa i rozjęczana. Nie pojmował jej istnienia. Skąd się brała? Dlaczego wysiłek, jakiego dokonywał, dlaczego ofiara którą spełniał, nie doprowadzała go do wewnętrznego stwardnienia? Niecierpliwie czekał, aż się w nim narodzi siła, siła, jaką mieli, jaką musieli mieć święci. Lecz tej siły nie było. Zamiast niej odnajdywał w sobie coraz większe złoża zmęczenia, rozdrażnienia i goryczy". Zobaczył bezskuteczność swoich wysiłków duszpasterskich. "Choć pracował od rana do wieczora, miał poczucie, że nurt życia, ten, przeciwko któremu działał, płynie szybciej, a przez tę szybkość ma moc obracania w niwecz jego wysiłków". Była jakaś rozbieżność między coraz większym wysiłkiem a coraz mniejszymi rezultatami. Nie potrafił ludzi porwać za sobą, przemienić ich. "Spowiedzi płynęły jedna za drugą jak struga czarna, błotnista, rozpaczliwie monotonna". Ludzie, których chciał wyrwać z grzechu, stali w miejscu i wciąż robili to samo. Powstaje więc w nim rozdrażnienie i zniecierpliwienie. Niecierpliwią go ludzie i ich wady, niecierpliwość go ogarnia, gdy słucha ich monotonnych, beznadziejnych spowiedzi. Jest rozgoryczony, że nie wychodzą naprzeciw jego próbom, "choć przybył tam świadomie tylko dla nich". Rodzi się w nim bunt, najpierw cichy, wreszcie otwarty, którego już nie może czy nie chce przemóc. W końcu dochodzi do zwątpienia i zniechęcenia, do przekonania, że się pomylił, że Bóg go nie wyratował i nie powołał. I nagle wydaje się sobie kimś śmiesznym. "Człowiekiem, który ofiarowuje swoją służbę, lecz ona nikomu nie jest potrzebna".
Ostateczny upadek gotuje mu słabość i długo tolerowana pokusa: jego stosunek do Anny. Tłumaczył sobie, że jest to dozwolona, a nawet pożyteczna dla życia wewnętrznego przyjaźń. Jednakże niepokój sumienia towarzyszył mu przez cały czas gdzieś na dnie duszy. Drażniły go uśmieszki i aluzje parafian, ale nie chciał przyznać się do winy. Jego miłość własna potrzebowała zwierciadła, w którym by jego wysiłki w dążeniu do świętości odbijały się uznaniem. W chwili zwątpienia tam szuka ratunku. Przyznaje się do klęski: "Chcę być świętym, a potem spadam w grzech... za wysoko mierzyłem". Upadek przypieczętowuje ostatecznie decyzja wyrażona w zdaniu: "Pozostałaś mi tylko ty. Poza tobą nie widzę już niczego".
Ale w tej chwili przychodzi ratunek. Wzywają go do chorego. Głos obowiązku, który "był w nim mocniejszy niż on sam", podnosi go z grożącego upadku. Zaprowadzono go do łoża umierającej dziewczynki, która padła ofiarą mordercy, broniąc się przed grzechem. Poznaje w niej penitentkę, którą spowiadał tego samego dnia. Spotkanie z nią, zarówno to pierwsze w konfesjonale, jak to drugie przy łożu śmierci, jest dla księdza Józefa spotkaniem z miłością, która jest znamieniem prawdziwej świętości. Dziewczynka ma jedno zmartwienie: jak ratować biednego człowieka, który jest biedny, bardzo biedny, ponieważ jest zły. Dla księdza Józefa jest on tylko zły, bo ksiądz Józef nie wie, co to jest miłość; dziewczynka zna największą miłość i dlatego dla niej człowiek ten właśnie dlatego, że jest zły, jest biedny. Dla niego ponosi ofiarę, za niego daje swą śmierć. A także daje ją za księdza Józefa. Ofiara ta zrodziła łaskę zarówno dla mordercy jak dla księdza Józefa. Poznaje on swe błędy i nawraca na dobrą drogę.
2.
Tak możemy streścić nowelę "Największa miłość", jeżeli spojrzymy na nią z punktu widzenia problemu świętości. Wyrażają się w niej z psychologiczną prawdziwością przeżycia wewnętrzne bohatera i zarysowuje się wyraziście problem. Wymaga ona jednak jeszcze tłumaczącego komentarza.
Pewien komentarz daje czytelnikowi sam autor. Mieści się on w końcowej rozmowie księdza Józefa z ojcem Marcinem. Błąd księdza Józefa, według niej, polegał na tym, że zapatrzony w ideał własnej świętości odwrócił się od świata i popadł w samotność. Gonił za ideałem świętego z pustyni, zamiast tkwić w świecie. Szukając własnej świętości, wpadł w grzech największy, jakim jest "odwrócić się od człowieka, który ciebie potrzebuje".
W uwagach tych jest niewątpliwie wiele racji, ale nie sięgają one dna problemu zarysowanego w noweli. Wydaje się, że nie można mówić, przeciwstawiając i wartościując, o świętości samotnej, "z pustyni", która ucieka od świata aby znaleźć Boga, oraz o świętości "społecznej", która szuka Boga właśnie wśród ludzi i przez ludzi. Świętość jest jedna, a polega ona w swej istocie na tym, aby wyzbywszy się siebie oddać się całkowicie w miłości Bogu. Boga zaś nie można miłować bez bliźniego, tak jak bliźniego nie można miłować bez Boga. Jeżeli jedni święci są na pustyni, a drudzy wśród ludzi, to są to tylko różne formy miłosnej ofiary dla zbawienia bliźnich. Można natomiast mówić o świętości prawdziwej i fałszywej, względnie o prawdziwym i fałszywym dążeniu do niej. Świętość fałszywa jest wtedy, jeżeli ktoś szuka jej dla siebie. Jest przy tym rzeczą obojętną, czy pójdzie on na pustynię, czy też pozostanie wśród ludzi. Ksiądz Józef przecież nie uciekał na pustynię, ale przeciwnie, tak był zapracowany w duszpasterstwie, że nie miał czasu zastanowić się nad sobą. A jednak był on zarazem jak gdyby na pustyni, był samotny, bo nie szukał dobra bliźniego, tylko siebie.
Ksiądz Józef chciał zostać świętym kapłanem. Oszołomiło go przekonanie, że Bóg go wybrał i ocalił, aby został świętym kapłanem. Zbudował swe życie na przeświadczeniu, "że jest kimś potrzebnym najświętszej sprawie". Świadomość wybraństwa Bożego jest ciężką pokusą dla człowieka. Gdy na przeciętnym człowieku spocznie oko któregoś z możnych lub wielkich tego świata, gdy poczuje się on wybranym, to świadomość uznania, które suponuje wybranie, mile łechcąc samopoczucie, wzbudza w człowieku zapał do życia i nową gorliwość w działaniu, wyzwala ukryte siły życiowe i twórcze. Podobnie, tylko z o wiele większą siłą, działa na człowieka świadomość wybraństwa Bożego. Świadomość ta porusza w nim nie tylko dobrą wolę, ale także wszystkie tajemne siły pychy tkwiące gdzieś na samym dnie jego jaźni. Siły te stają się najtajniejszą sprężyną porywu ku świętości, w którym będzie on dokonywał cudów gorliwości w przezwyciężaniu siebie i służeniu innym. Gorliwość takiego człowieka będzie łudząco podobna do gorliwości świętych, a on sam będzie się skrycie upajał świadomością swej świętości.
Oczyszczenie dokonuje się dopiero w doświadczeniu niepowodzenia. Doświadczenie to staje się probierzem motorów duchowych, które z głębin podświadomości kierują człowiekiem. Bo jeżeli kieruje nim pycha i miłość własna to w obliczu niepowodzenia i bezskuteczności długich wysiłków zrodzi się w nim zniecierpliwienie i bunt, a potem zniechęcenie i zwątpienie. Miłość własna bowiem tak długo będzie sprężyną gorliwości, jak długo karmiona będzie powodzeniem i sukcesem. W przeciwnym razie zniechęci się i zawróci z drogi, aby szukać pokarmu dla siebie gdzie indziej. Stąd wzloty ku świętości kończą się często tak, jak skończyłyby się u księdza Józefa, gdyby nie został w ostatniej chwili przed upadkiem wstrząśnięty.
Przez próbę niepowodzenia muszą przejść wszyscy święci. Kto w tej próbie trwa w cierpliwym poddawaniu się woli Bożej i w bohaterskiej ufności, ten oczyszcza się w niej z tych tajemnych sił pychy, które z głębin podświadomości chcą nim kierować. Próba ta kończy się, gdy oczyszczenie jest dokonane. Powodzenie daje Bóg swoim świętym dopiero wtedy, gdy ono przestaje być dla nich pokusą.
Ksiądz Józef załamuje się wobec próby niepowodzenia. Załamanie to zarazem zdradza, iż pycha i miłość własna były ostateczną sprężyną jego porywu ku świętości. Ratunek dlań przychodzi z zewnątrz, przynosi go ofiara świątobliwej dziewczynki. Postać jej jest w noweli tylko z lekka zarysowana. Ale jasno występuje myśl, którą chciał wyrazić autor wprowadzając jej postać: świętość prawdziwa polega na miłości, która nie szuka swego, lecz szuka dobra drugiego i gotowa jest dla niego do wszelkiej ofiary.
Ksiądz Józef zrozumiał tę naukę, a to, że zrozumiał, było już owocem ofiary umierającej dziewczynki. Zrozumiał jeszcze więcej: pokusę świętości. Zrozumienie to wyraża się w zdaniu, które stanowi zarazem ostateczne rozwiązanie problemu świętości zarysowanego w tej noweli: "Nie ma świętych wśród tych, którzy szukają świętości. Świętość znajduje się przypadkowo, jak bursztyn, w setnej, może tysiącznej kupce morskiego zielska. Dostaje się ją na dodatek..."
Zdanie to nie chce chyba wyrazić twierdzenia, że aby zostać świętym, nie trzeba szukać ani się trudzić. Ale chce powiedzieć, że o świętości ostatecznie nie decyduje poryw woli ludzkiej, lecz wybór łaski. Wola ludzka bowiem - i to jest może najtragiczniejszy aspekt jej słabości i skażenia - nie jest jeszcze dobra i święta, nawet wtedy, gdy dąży do celu dobrego i do świętości.
*
Podobieństwo pomiędzy Grabskim a Dobraczyńskim w postawieniu i rozwiązaniu problemu świętości jest uderzająca. Problem Sadoka, problem dążenia do świętości z fałszywego motywu pychy, jest również problemem księdza Józefa. Inga znowu, która przynosi Sadokowi ratunek i zna właściwą drogę do świętości, odpowiada postaci zamordowanej dziewczynki w "Największej miłości". Grabski poświęca problemowi całą powieść, dlatego sięga głębiej i problem wyraziściej zarysowuje, podkreśla pewne momenty, które Dobraczyński pomija (np. całe zagadnienie ufności). Ale w tym samym kierunku idzie intuicja obu autorów w odkrywaniu znamion prawdziwej i fałszywej świętości.
Podobieństwo można tłumaczyć zależnością, ale może też ono świadczyć o czym innym. Każda epoka posiada pewne własne problemy, które nurtują i dojrzewają w duszach wszystkich ludzi głębiej i podobnie myślących. Pisarze to ludzie obdarzeni głębszą intuicją w wyczuwaniu i zdolnością w wyrażaniu tych problemów. Problem świętości wraca u wszystkich pisarzy katolickich, o których powieściach tyle dziś się dyskutuje. Można by nawet wskazać na pewien aspekt wspólny wszystkim w podchodzeniu do tego problemu. Wszystko to świadczy, że problem świętości dojrzewa w umysłowości współczesnej do nowego i pogłębionego ujęcia.

ks. Franciszek Blachnicki

Nie możesz dodawać komentarzy. Zaloguj się lub załóż konto.